sobota, 25 maja 2013

Rozdział I - Niebo

Zerwałam się z miejsca i pobiegłam na parter jak tylko szybko mogłam, by dodatkowo nie zabić się na stromych schodach. Dopadłam do drzwi i otworzyłam je z zamachem. Wybiegłam na ubity podjazd przed domem. Spodziewałam się zobaczyć coś lub kogoś atakującego Senekę, ale to co się stało było po prostu nie do przewidzenia. Na zewnątrz panowała ciemność, lecz co chwilę ukazywały się wąskie smugi światła. Panował ogromny szum, w którym można było wyłapać ryki, piski i uderzenia skrzydeł. Bałam się spojrzeć w górę, choć wiedziałam co tam ujrzę. Nagle coś musnęło moje ramię. Wzdrygnęłam się i pisnęłam.
- Uspokój się ! To tylko ja ... - próbował przekrzyknąć ten diabelsko głośny hałas Seneka. - Co to jest, do diaska ?
Odważyłam się spojrzeć ponad siebie. Setki tysięcy potężnych stworzeń przelatywało nad naszymi głowami. Można było czasami rozróżnić pojedyncze podłużne sylwetki z ogromnymi skrzydłami.
- Smoki... - powiedziałam zafascynowana. Widziałam je pierwszy raz tak blisko ludzkich domostw i w tak ogromnym stadzie.
- Yyy... Nie powinnyśmy lepiej wejść do środka ? - spytał z nutką strachu chłopak patrząc w górę. Nagle powietrze przeciął ogłuszający krzyk i jeden ze smoków zaczął pikować w naszą stronę.
- Biegnij ! - krzyknęłam jak tylko głośno mogłam i złapałam brata za koszulę. Biegliśmy w stronę drzwi, gdy kolejny smok wylądował tuż przed nami i zaryczał donośnie szczerząc kły wielkie jak sztylety. Szybko zmieniłam kierunek i popędziłam na skraj lasu. Odwróciłam się by spojrzeć gdzie jest Seneka, lecz jego już nie było. Znikł... Przed domem lądowało coraz więcej potworów. Jedne na dachu, inne na ziemi, a jeszcze inne na drzewach rosnących w ogrodzie. A ja stało w bez ruchu i patrzyłam nieobecnym wzrokiem przed siebie. "To nie możliwe! On nie mógł zginąć!" myślałam, ale to była prawda. Mojego brata już nie ma... Straciłam całą rodzinę... Potężne jaszczury rujnują całe miasteczko... Nie miałam już niczego. Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku. Ostatni raz spojrzałam na już w połowie zniszczony dom i odeszłam w głąb lasu.

piątek, 19 kwietnia 2013

Prolog

Drzwi lodówki otwarte na  oścież pełne pustych lub w połowie zapełnionych strzykawek, jasny blat zasypany słoiczkami i pudłami, czerwona plama na płytkach przy zlewie. Miałam ochotę krzyknąć "coś ty zrobił z naszą kuchnią ?!", ale nie powiedziałam nic. Zdjęłam kurtkę i położyłam ją na jedynym wolnym miejscu w całej kuchni - na zlewie.  Podeszłam  do Seneki pochylającego się nad palnikami  w kuchence. W jednej dłoni trzymał probówkę z wściekle czerwonym płynem, a drugą opierał na gałce do gazu. W fiolce rozpoznałam krew. Jego krew. Westchnęłam, ale widocznie na tyle cicho, że nie usłyszał, bo nadal stał nad kuchenką i wpatrywał się w mały niebieski płomyk. Chyba nawet nie mrugał zahipnotyzowany ogniem. 
-  Jak było  w pracy  ? - spytał nagle  głosem osoby  silnie  nad czymś myślącej. Niestety by utrzymać siebie i brata musiałam pracować w pobliskim gospodarstwie wywalając gnój z boksów akh'euske* i szczotkując je, przy czym musiałam uważać by nie odgryzły mi ręki. Ze względu na trzeci stopień niebezpieczeństwa tej pracy dostawałam dość sporą wypłatę. 
- Jak zwykle - smród, smród i jeszcze raz smród. No i dostanę podwyżkę, bo Geofreyy ma kupić dwa ogiery, które będę musiała trenować. - powiedziałam niewielkim entuzjazmem. Świadomość, że w każdej chwili koń może mnie dosłownie zjeść żywcem nie była zbyt radosna. 
- I dobrze, tylko ty potrafisz się nimi dobrze zajmować. - mruknął z uśmiechem i zdjął probówkę z nad ognia. Wlał jej zawartość do słoika leżącego najbliżej i szczelnie zakręcił.
- Gaz - przypomniałam mu wyłączając palnik. - Dobrze wiesz, że musimy go oszczędzać.
- Tak, tak... Wiem, mamusiu. - mruknął wkładając pojemnik do lodówki i zamknął ją.
- Możesz być mniej wnerwiający ?
Czasami mój kochany braciszek doprowadzał mnie do kompletnego szału. 
- Nie - uciął i wyszedł z kuchni. Boże, dlaczego to właśnie mi przypadło wychowanie młodocianego geniusza genetyki ? Dlaczego nasi rodzice musieli umrzeć tak wcześnie ? Ja miałam 14 lat, a Seneka zaledwie 11. Dla nas obydwojga był to szok. Nie mieliśmy rodziny i musieliśmy radzić sobie sami. Mi udało się znaleźć pracę u Brisbane'ów, a Seneka w lato pracował w lesie przy zbieraniu grzybów i jeżyn. 
- Shervana !!! - dobiegł mnie krzyk brata z podwórza. Coś się działo...



*  akh-euske - [ak-iski] konie wodne

sobota, 6 kwietnia 2013

Witajcie zacne ludzie !

Witam was na moim blogu (jeszcze w rozsypce). Opowiadanie to zapewne zaskoczy was wielu, choć nie mam co do tego pewności. Pierwszy wpis będzie wtedy kiedy będzie, więc cierpliwości :)

Kayri